Główna |Spis | Losowy|
Twoja wyszukiwarka

***

CURSE OF ENCHANTIA

CORE 1992

AMIGA, PC

Przygodówka

 

CURSE OF ENCHANTIA przynosi wraże­nie pustki. W grze panuje jakaś cisza, spo­kój, dodatkowo podkreślane rozległością przestrzeni. Lodowe, ze snu wzięte zamki są opustoszałe, kolorowe miasta - wymar­łe. Akcja niespiesznie rozwija się, bez na­głych zwrotów i katastrof. W krainie Enchantii nie ma niebezpieczeństw, nie ma dobra i zla. Dziwna to gra, pozornie pozbawiona wyrazu a jednak posiadająca specyficzny klimat - opowieści o świecie bez ludzi...

***

Psie życie: wisiałem w celi przykuty no­gami do góry. Ze stropu kapały krople wo­dy, swym pluskiem przypominając o rozpaczliwości położenia. Zawołałem o pomoc. Głupi strażnik po wejściu do celi krzyknął coś, wychodząc potknąwszy się upuścił klucz. Błyskawicznie go sobie przywłaszczyłem i uwolniłem się z kajdanów. Małe oględziny podgniłych ścian komnaty ujawniły frag­ment, który po dotknięciu rozsypał się w pro­szek. Wziąłem do ręki znaleziony przedmiot, posłużył on w charakterze wytrycha do drzwi.

W długiej sali sięgnąłem po stojące na stoliku akwarium, idąc przed siebie nie zwa­żałem na przeszkody. Nagle ziemia zapa­dła mi się pod stopami i runąłem w dół.

Uderzenie o dno zbiornika wodnego po­zbawiło mnie resztek tlenu, który miałem w płucach. Zsiniałem. Żeby nie zakończyć żywota jako topielec założyłem na głowę akwarium. Niesamowite, ale zadziałało. Po­mogłem wydostać się rybie uwięzionej po­między kratami, po chwili wróciła odwdzię­czając się przyniesieniem muszli. Nieopo­dal natknąłem się na utkwioną w piasku szczapę drewna. Podniosłem ją i zabrałem robaka. W ramach transakcji wymiennej uzy­skałem w podwodnym sklepiku zapas tle nu.

Z początku nie miałem pojęcia w jaki sposób przebrnąć przez elektryczną zapo­rę. Na szczęście zaraz podpłynął żółw, którego zadowoliłem muszlą. Z kępy falu­jących wodorostów wydobyłem broń na re­kiny Drapieżca został wygnany. Posuwając się dalej przeskoczy­łem przez małża i podwa­żyłem harpunem ogrom­ny korek. Zmieniło to głę­bie oceanu w rozczulają­cą sadzawkę. Trafiłem do jaskini.

Brodząc po błotnistym podłożu wysze­dłem na ląd. Wyrwałem roślinkę, potem poprzez wciśnięcie przycisku w ścianie otwo­rzyłem właz jaskini i przedostałem się do labiryntu korytarzy. Tutaj trzeba było do­starczyć świeży towar przebierańcowi tłu­kącemu kamienie. Otrzymałem w zamian kawałek rzemyka. Lustracja wszystkich kom­nat zaowocowała znalezieniem złotej mo­nety oraz monitora. Ustawiłem deskę na głazie i rzucając monitor katapultowałem się na skalną półkę, gdzie podniosłem ma­gnes. Udałem się do pieczary z czterema dziurami w ścianach, na początek w spo­sób humanitarny eksmitując lokatorów owych mieszkań. Potem poszperałem w skrytkach co dało mi gałązkę.

W komnacie, z której wziąłem monitor zawiązanym na rzemyku magnesem wydo­byłem z dziury szpulę sznurka. Rozwiną­łem go na zaczepach wystających z ziemi. Dziwny brązowy stwór zahaczył o przeszko­dę, zostawiając na niej trochę ze swej kon­systencji. Skwapliwie zebrałem błoto.

Zrobiwszy to wszystko powlokłem się do studni spełniającej życzenia. Raz kozie śmierć - rzekłem i rozstałem się ze złotą monetą. Z trzech otrzymanych propozycji dwie najciekawsze okazały się być podpuchami. Jedyne co mi wpadło w ręce to kask. Założywszy go przeszedłem bezpiecznie przez deszcz kamieni sypiących się ze stropu. Wskoczyłem do wiadra czekając ry­chłego windowania w górę. Nic z tego - najpierw należało połączyć roślinkę, gałąz­kę i błoto, żeby założywszy takie przebra­nie móc odetchnąć świeżym powietrzem. Stałem na powierzchni.

Szedłem dróżką, gdy zza drzew wysko­czył uzbrojony po zęby rabuś. Potknął się biedak i padł plackiem na ziemię. Dziabną­łem zbója jego własnym kindżałem. Po raz pierwszy fortuna okazała się łaskawa zsy­łając pod moją opiekę mieszek pełen pie­niędzy.

W mieście po zakupieniu prowiantu na drogę udałem się do foki przepowiadającej przyszłość. Odesłała mnie ono do sklepu z czarami, nieopodal pasących się owiec. Zmaterializował się mag i po otrzymaniu pieniężnej zaliczki przeniósł mnie w inne strony.

Szedłem skalną ścieżką. Przesunąłem głaz a następnie przeskoczyłem nad nim. Wystarczyło poruszać się niedużymi krokami,  aby spadająca pułapka nie zleciała mi na kark. Leżały tu rękawice. Wcisnąłem pierwszy, drugi i czwarty przycisk w ścia­nie, efektem było pojawienie się lśniącego pomostu. Za nim podniosłem zwój liny, po czym ostrożnie zbliżyłem się do zagradza­jącej przejście paskudy. Założyłem rękawi­ce i zepchnąłem dziwoląga w przepaść. Przed lawiną chowałem się w skalnych wnękach, dodatkowo w jednej znajdując rodzaj czapeczki na głowę. Złapałem z jej pomo­cą spadający kamyk. Najpierw rzuciłem ka­mykiem, następnie rozwiesiłem linę, po której przeszedłem naprzód.

Cóż to za napis wyryto w skale? Po zapoznaniu się z jego treścią wypowiedzia­łem zaklęcie odblokowujące wejście. Zdą­żyłem się tylko przywitać...

Ponownie w miejskich zabudowaniach. Udałem się do krawca szyjącego kostiumy, gdy dostał mamonę skroił dla mnie nie­brzydką sukienkę. Przełamując zahamo­wania przebrałem się w nią za kotarą. Po otworzeniu się drzwi szybko zrzuciłem z sie­bie to świństwo. Zza progu wionęło zim­nem. Niech mnie diabli wezmą, jeśli to nie biegun polarny.

Błąkając się po śnieżnej pustyni znala­złem kulkę śniegu, deskę i dezodorant wbi­ty obok lodowego bloku (uwaga: w tym eta­pie wykonawszy czynności w zlej kolejno­ści wpada się w ślepy zaułek). Z pomocą deski schwytałem rybę w przerębli. Przed pójściem do Eskimosa użyłem dezodoran­tu. Nie chciałem się udusić - oni nawet głowę myją moczem. Wymieniłem rybę na wędkę.

Na lodzie stal osobliwy twór. Cisnąłem w niego śnieżką a pogonił mnie chwilę. Na­stępnie wróciłem do lodowego bloku i ze zło­ścią spróbowałem zaatakować go wędką. Sam się zdziwiłem widząc efekt tych działań. Pozbierałem resztki popiołu pozostałego po ognisku. Na koniec wymieniłem dwa słowa z morsem, odszukawszy go potem w północ­no-zachodnim krańcu tego odludzia. Po grzbie­cie zwierza przestąpiłem rozpadlinę, na skal­nej półce wołając o pomoc.

Ależ przestrzeń! Byłem niby mrówka po­środku wielkiej krainy. Rozproszyłem po­piół w powietrzu przywołując węża, na któ­rym przepłynąłem do lodowego zamku.

Teraz łamigłówka równie pro­sta jak poprzednie. Trzeba do­tykać sople od największego do najmniejszego (4,1,3,2). Nie zaproszony wtargnąłem do wnę­trza owego cuda architektury.

Wziąłem miotłę, podniosłem kości i rzuciłem nimi. Różne wy­niki otwierały różne drzwi w głów­nym korytarzu. Spenetrowałem wszystkie lokacje, zaopatrując siew szereg użytecznych obiek­tów. Sopel i pistolet zdobyłem z pomocą miotły. Ten ostatni włożyłem do kabury, co przechyliło szalę wagi, z której zabrałem oba znaleziska. Gdy przeszukałem cały teren, połączyłem gwizdek z tubą, rykną­łem nim w zdobione okno na końcu koryta­rza i wskoczyłem w szczelinę.

Zamontowano tu ciekawą konstrukcję. Wkładałem przedmioty w odpowiednie szczeliny - licząc od zielonego promienia w lewo: lupę, szklaną kostkę, sopel, odłamek szkła. Podnośnikiem podważyłem drzwi.

Wiedźma bezlitośnie atakowała mnie ognistymi kulami, które przeskakując zasiadłem na tronie. Z uścisku wydobyłem się po­przez namaszczenie się olejkiem.

Podążałem na wprost, przy rozgałęzie­niu skręcając w lewo, znajdując po drodze pudełko zapałek. Potworkowi, poczekaw­szy za filarem aż przyśnie, wetknąłem po­między palce stopy zapałkę. I zaatakowa­łem, zapalając zapałkę. Wziąłem gaśnicę, gdy potworek zwolnił dostęp do niej.

Po kolejnym pobycie u maga kupiłem maskę, ukrywszy pod nią swe oblicze zdo­łałem przemknąć obok strażnika pilnujące­go drogi przy domu loki. Maszerowałem po niewidzialnych dotąd rejonach Enchantii

Ze sterty włosia zabrałem garstkę owe­go surowca. Idąc dalej poraził mnie widok wraku statku, znacznie już nadgryzionego przez ząb czasu. Odźwierny robot w ogóle nie chciał rozmawiać. Przewertowałem więc stos skarpet, zaczerp­nąwszy do skarpety tro­chę monet ze złotej góry zdołałem złamać upór strażnika. Wewnątrz ka­dłuba zbudowałem po­most z dwóch desek bie­gnący przez środek stru­mienia. Zachowałem na później żółte zawi­niątko.

Dotarłem chyba do składowiska odpa­dów. Jak w okrutnej bajce - po chwilach spędzonych w pięknych pałacach dla rów­nowagi wizyta na śmietniku. Nie pogardzi­łem jednak możliwością zabrania znaczka pocztowego i długopisu. Wróciłem w okoli­cę wulkanu, nalepiając znaczek na ponie­wierający się tutaj list i wrzucając go do skrzynki. Lawirując wśród ognistego de­szczu wszedłem w posiadanie blaszanej tacy. Stojąca na dwóch nogach replika no­sa kichnęła po połaskotaniu kitą włosów. Spytałem człeka trzymającego magneto­fon przy uchu, czego potrzebuje. Chciał usłyszeć dobrą muzykę. Wziąłem więc ka­setę magnetofonową oraz pilota ze stosu akcesoriów naprzeciw wraka statku.

Nagrania dokonałem na sprzęcie przy­drożnej kapeli, po włożeniu kasety urucha­miając zapis pilotem. Zaniosłem to wygło­dniałemu melomanowi. Postanowiłem zba­dać jaskinię. Krzyk spowodował, że mogłem zabrać stamtąd niezidentyfikowany pojemnik. Kartą otworzyłem zamek obok orkiestry.

Byłem w obłokach. Wykorzystałem przy­jazne powiewy ruszając w lewo i potem szybko w przeciwną stronę. Wszystko po to, żeby zdobyć sakiewkę. Po spadnięciu na twardy grunt udałem się znów na wysypi­sko. Z nieba zleciały drzwi, w które zajrza­łem po krótkim namyśle. Rzuciłem poje­mnikiem i następnie użyłem żółtego zawi­niątka. Po wciśnięciu guzika żelazne pręty krat z wolna uniosły się. Rozsypałem za­wartość sakiewki, przejechawszy na tacy po niebezpiecznych obwodach. Wziąłem wiatrak i rozbroiłem spinaczem drzwi.

Tym razem mag przesadził - spoczywałem złożony w grobie w towarzystwie szcząt­ków poprzednich bywalców tego miejsca.

Przerażony chwyciłem za piszczel i rozko­pałem boczną ścianę.

Gwiazdy, otoczony gęstymi chmurami księ­życ. Nocne ptaki. Niedługo cieszyłem się spokojem, niedługo, bo zaraz omal nie zde­rzyłem się z biegnącym ku mnie wampirem. Uskoczyłem za grób, do którego wpadł. Ten wampir to ktoś szczególny - dystyngowany, dobrze ubrany. A może to... no, jak się nazy­wał, ten gość z filmu Coppoli?

Szukając wyjścia z cmentarza podnosi­łem wszelkie walające się na ziemi przedmioty. Wampir okazał się żywotny - wytrzymał mój atak, gdy uzbrojony w łopatę huknąłem go w czaszkę. Nie zaszkodziło mu przy­trzaśnięcie stóp przewróconym nagrobkiem, ostał się również zapachowi czosnku - cóż za szkoła przeżycia. Niezmordowanie stra­szyłem przeciwnika krucyfiksem. Lecz do­piero trzask talerzy zmieszał wampira. Opu­ścił cmentarne mury, ja zrobiłem to samo.

Za bramą ujrzałem hipnotyczne zamczy­sko. Groźne i wspaniałe. Wewnątrz znalazłem obrączkę, otworzyłem wejście do miejsca, gdzie zastałem wiedźmę. Używałem kolejno: gaśni­cy, wiatraka i obrączki. Nie było czasu na za­szczyty - wkrótce powrót do rzeczywistości.

Micz

dla SS 05/94

***
 poprzedni << |  >> następny

RetroReaders - skany TOP SECRET i SECRET SERVICE
Download - gry z Amigi